Jola - byłam lesbijką
Urodziłam się w Polsce i tutaj się wychowałam. W wieku 12 lub może 13 lat coś zaczęło być ze mną nie tak, przestałam akceptować to, że jestem dziewczyną (właściwie chyba nigdy tego nie akceptowałam, ale gdzieś w tym wieku zdałam sobie z tego sprawę). Zaczęłam mieć pretensje do wszystkich o to, że tak jest , że nie jestem tym, kim się czuję tzn. chłopakiem, że mam takie ciało. Miałam pretensje do Boga, że widzi mój ból i rozpacz i nie chce mi pomóc tj. sprawić, abym była chłopakiem. Z chwilą pójścia do szkoły średniej zaczęłam żyć z dziewczynami. Moje związki trwały czasami krótko, czasami długo, zaczęłam pić. Już w szkole średniej upijałam się do nieprzytomności. Alkohol, zabawy, dziewczyny - tak żyłam. Ciągle płakałam i nie chciałam żyć. Wiele razy próbowałam popełnić samobójstwo i ciągle ta pretensja do Boga: dlaczego? dlaczego ja? - a On mnie już wtedy kochał, tylko ja nie wiedziałam o tym i nie wiedziałam też, że nie On mi to zrobił. Tak naprawdę to tylko Bóg nie dopuścił nigdy, aby mi się coś stało.
Pamiętam ciągle zabawy, pełno alkoholu, dymu z papierosów i pełno krwi - moje pocięte ręce, sącząca się krew. Rany na moich rękach goiły się długo, ale czasami nie zdążały zagoić się jedne, gdy otwierały się następne, robiłam to sobie sama. To było straszne, rano budził mnie ból, bolały mnie ręce, otwarte rany z zaschniętą krwią, kac alkoholowy, nikotynowy i paniczny strach. Strach był najgorszy. Wiecznie czegoś się bałam, wiecznie było mi źle. Bałam się jutra. Tak ogólnie to byłam tchórzem, a alkohol wyzwalał we mnie odwagę i agresję. Byłam straszna. Przez 25 lat mojego życia byłam homoseksualistą. Trudno nawet powiedzieć, że lesbijką, bo nie czułam się kobietą. Byłam takim “niewiadomo kim” i najgorsze jest to, że przez te wszystkie lata nikt nie powiedział mi, że jest dla mnie ratunek, Jezus, który mnie akceptuje, kocha i może mi pomóc. Wiecie - słowo “może” jest tutaj kluczowe, bo myślę, że wiele osób chciało mi pomóc, ale tylko On jeden MÓGŁ. Jednak ja o tym nie wiedziałam i byłam kompletnie sama, walczyłam sama nie wiedząc z czym i przeciwko komu. Czy miałam rodziców? Tak, miałam i kochali mnie bardzo. Dawali mi wszystko, spełniali każdą moją zachciankę. Byli szanowani, chodzili do Kościoła kilka razy do roku i w jakiś tam sposób zacierali moje wybryki tłumacząc, że to młodość. Byłam ich dzieckiem, kochali mnie i chcieli dla mnie jak najlepiej. Tak naprawdę to nie wiedzieli o mnie nic, gdzieś nasze drogi się rozeszły.
Przeżywałam piekło na ziemi, nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, jak dać sobie radę z tym wszystkim, ale na moich ustach zawsze był uśmiech. Śmiałam się dla ludzi, byłam wesoła, lecz w środku łzy zalewały moje serce. W pewnym momencie miałam tego już tak dosyć, że postanowiłam wyjść za mąż. Myślałam, że wtedy zmieni się wszystko, że jakoś tam będzie. Miałam wtedy 21 lat.
Moje małżeństwo trwało 6 lat. Czasami czułam się dobrze. Miałam wszystko, dom, człowieka, który mnie kochał i tolerował moje wybryki. Tak bardzo się starałam i tak bardzo chciałam to utrzymać. Nie dla siebie. I nawet nie dla mojego męża, ale dla tych, które urodziłam, dla tych , którym dałam życie. Mam dwie córeczki (dziś jedna ma 22, a druga 18 lat), które wtedy bardzo kochałam na swój sposób. Myślałam, że jak będą miały najlepsze zabawki, to zapomną, że wczoraj byłam pijana. Pewnego dnia na mojej drodze stanęła dziewczyna, w której się zakochałam. Pomyślałam, że to jednak właśnie tak ma być, że ja jednak nie jestem dziewczyną, że te 6 lat mojego małżeństwa to tylko jakiś zły sen, do którego nie będę wracać. Zostawiłam wszystko i wyjechałam do USA, aby ułożyć sobie życie z moją ukochaną. Miałyśmy jakieś wspólne plany i związek ten trwał długo, kilka lat. Ale i wtedy czasami było mi źle. Piłam, nie widziałam czego chcę tak naprawdę. Któregoś dnia stało się coś strasznego. Dziewczyna, która była dla mnie wszystkim, którą tak kochałam, dla której zostawiłam wszystko, zostawiła mnie. Ziemia rozsunęła mi się pod nogami, nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Zamykałam się w domu, piłam i czekałam przy telefonie myśląc, że zadzwoni. Potrafiłam tak przeleżeć cały dzień patrząc w sufit i czekając. Byłam wrakiem człowieka. To, co działo się ze mną było straszne. Gdy wychodziłam z domu na mojej twarzy kwitł nieodłączny uśmiech, śmiałam się. Gdy wracałam do domu patrzyłam w lustro i jakiś głos wewnątrz mnie mówił, “kup sobie pistolet i strzel sobie w łeb, to już i tak koniec”.
Zaczęłam włóczyć się po barach i zaczął się nowy okres w moim życiu. Chodziłam do barów, gdzie były dziewczyny takie jak ja. Patrzyłam na nie. Jedne wyglądały na zadowolone, inne pod wpływem alkoholu płakały, też ktoś je zostawił. Byłam częstym gościem w takich miejscach i nie obchodziło mnie zupełnie nic. Były tylko zabawy i dziewczyny. Jednak po pewnym czasie zaczęłam mieć tego dosyć. Budziłam się rano i patrzyłam w lustro. Zastanawiałam się kim jestem naprawdę. Potrzebowałam tak bardzo kogoś, kogo mogłabym kochać, komu mogłabym znowu oddać całe moje serce. Potrzebowałam kogoś jedynego, kto byłby dla mnie najważniejszy i pewnego dnia spotkałam dziewczynę, której to się podobało. Kochałam ją tak bardzo, jak nigdy nikogo przedtem. Była dla mnie wszystkim. Wydawało mi się, że bez niej nie potrafię oddychać. Na początku było fajnie. Dawałam jej wszystko, co miałam, spełniałam każdą jej zachciankę, a przynajmniej tak mi się wydawało. Wydawało mi się też, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Myślałam, że tak będzie do końca życia, że wreszcie znalazłam to, czego szukałam tyle lat. Jak bardzo się wtedy myliłam. Sielanka wkrótce zaczęła zmieniać się w tragedię. Ona znalazła sobie kogoś i odeszła, ale potem zaraz wróciła i odtąd tak już zostało. Odchodziła i wracała, odchodziła i wracała, bawiła się mną. Traktowała mnie jak psa, któremu zrobisz krzywdę, ale gdy potem gwizdniesz, on przybiegnie merdając ogonem. Tak właśnie było ze mną. Mimo tego wszystkiego co mi robiła, mimo całego tego bólu, nieprzespanych, przepłakanych nocy, kochałam ją. Ile bym wtedy dała, żeby móc przestać ją kochać, aby to jakoś skończyć, aby się uwolnić, jednak nie potrafiłam tego zrobić sama. I wtedy pojawiła się Kasia, którą znałam wcześniej. Kasia z Ewangelią, która mówiła ciągle o Bogu, o Jezusie. Mogłam jej słuchać godzinami. Byłam wtedy tak wymęczona życiem i tak bardzo miałam wszystkiego dosyć. Wtedy oddałam życie Jezusowi. Tak bardzo się cieszyłam, było mi tak cudownie i lekko. Bóg uwolnił mnie od alkoholu, gdy na pewnej ewangelizacji wyszłam do przodu, prosząc Go o to. Myślałam, że to alkohol był moim głównym problemem i że jak przestanę pić to już dalej jakoś to będzie.
Kasia wyjechała do Polski, a ja zostałam i chociaż wiedziałam już o Bogu i o Jezusie, to jednak nie oddalam Mu tak naprawdę wszystkiego. Dlatego moja droga była taka długa. Bóg zmieniał we mnie to, na co Mu pozwalałam, co mu oddałam. Nie piłam już i zaczął wypełniać mnie wewnętrzny spokój. Nadal jednak ponad wszystko kochałam dziewczynę, która to odchodziła ode mnie, to wracała doprowadzając mnie do wewnętrznej ruiny. Nie wiedziałam za bardzo czego chce. Czekałam na Boży cud, ale nie potrafiłam wyobrazić sobie innego życia, jak to, które wiodłam do tej pory. Nie potrafiłam oddać tej najgorszej w moim życiu rzeczy, nie rozumiałam, że tak dłużej nie można, że nie mogę wiecznie błąkać się pomiędzy barami, a Kościołem. Zaczęłam myśleć, że to wszystko nie ma sensu. Czekałam na Boży cud, którego nie było i zaczynałam mieć tego dosyć. Wtedy, po 2 latach, z Polski przyjechała Kasia i zamieszkała w moim domu. Znowu zaczęła mówić dużo o Jezusie, ale niestety był to moment, kiedy miałam już wszystkiego dosyć. Byłam już po chrzcie wodnym, a było we mnie pełno buntu i agresji. Ona znowu zaczęła prowadzić mnie od początku, jak dziecko za rękę, krok po kroku do Jezusa. Nie przespała wiele nocy płacząc i wołając do Boga o moja wolność. Modliłam się i ja, ale im bardziej chciałam być blisko Boga, tym więcej buntu było w moim sercu, tym mniej miałam chęci i siły na to wszystko.
Znowu zaczęłam czekać na cud, ale tak naprawdę, to nie wiedziałam na co czekam. Czasem tylko stawałam przed lustrem i patrząc na swoje odbicie krzyczałam: “Boże, kim ja jestem?!”
Nie chciałam oddać Bogu wszystkiego mimo, że było mi z tym tak bardzo źle. Było to chyba jednak wtedy lepsze niż paniczny lęk przed nieznanym, przed tym, jak to będzie inaczej.
Jedno wiedziałam na pewno - chciałam być wolna, chciałam zacząć normalne życie, a z drugiej strony te myśli, że to przecież niemożliwe, że powinnam dawno zrobić sobie operacje plastyczną. I jakoś tam żyć. Wielu tak właśnie zrobiło. W moich myślach było totalne zamieszanie. Z jednej strony to pragnienie wolności, a z drugiej paniczny strach. To było okropne. To była moja walka z ciemnością, jednak już prawie ostatnia. Miłość Jezusa Chrystusa zaczęła zwyciężać we mnie. Bóg wiedział jaka jestem słaba i dlatego postawił na mojej drodze Kasię. Bóg, który wie wszystko, wiedział, że będzie mi potrzebny ktoś mocniejszy niż ja, kto pomoże mi w tej ostatniej walce. Byłam już tak wymęczona swoim zniewoleniem, tym co się ze mną działo, tym, że zaczynałam się już bać samej siebie, byłam tak wymęczona i złamana, że w końcu przyszłam znowu pod krzyż i z głębi serca wylałam przed Bogiem wszystko, oddalam Mu całą siebie błagając, aby zrobił z tym co chce, nie wiedziałam co, ale żeby mi jakoś pomógł, żeby mnie uratował. Oddałam Mu tak naprawdę moje życie. I wiecie co? On je wziął. Wziął to moje brudne, zniewolone życie na swoje plecy, a mnie dal WOLNOŚĆ!!!
Tak, Jezus Chrystus dał mi wolność. Jego miłość wyzwoliła mnie z kajdan, którymi byłam spętana ponad 25 lat, to jest tyle, ile pamiętam. Jakie to piękne, gdy można być wolnym i jak cudownie jest być kochanym. Patrzeć na świat i śmiać się, ale tak ze szczerego serca, z radości, a nie tak, jak ja śmiałam się cale życie, aby jakiś wyraz nadać mojej twarzy. To był prawdziwy początek mojej drogi za Jezusem, a dzisiaj od tej chwili minęło już 6 lat. Nie wszystko stało się natychmiast. Bóg powoli zmieniał mnie, mój sposób myślenia i patrzenia na życie, na świat, na innych ludzi, no i przede wszystkim, mój sposób patrzenia na siebie. Z tym było zawsze najwięcej problemu. Jednak od tamtej pory nigdy już nie byłam z kobietą. Moje myśli często wracały do przeszłości, ale z biegiem czasu, to wszystko, co działo się ze mną przed uwolnieniem, zaczęło dla mnie wyglądać tak, jakby to przydarzyło się komuś innemu, jakbym myślała o kimś, kogo dobrze znam, ale to nie byłam ja.
Mniej więcej rok po uwolnieniu po raz pierwszy ubrałam się jak kobieta, w sukienkę. To było kiedyś nie do pomyślenia i o to także była walka z ciemnością. Walka właściwie toczy się ciągle. Ciągle czuje, jakby ktoś krążył koło mnie i szeptał mi do ucha “I tak będziesz moja, wrócisz tam skąd przyszłaś”. Wiem kto to jest. To ten sam głos, który oszukiwał mnie przez całe życie. Ale ja już teraz słyszę inny glos, on dochodzi z głębi mojego serca, jest delikatny, ale silniejszy niż wszystko inne i ja już wiem, że to on jest Prawda.
Dzisiaj chcę zwrócić się do każdego, kto jest taki, jaka ja byłam przez te wszystkie lata. Chcę zawołać do Ciebie z głębi mojego serca. Jeśli nie wiesz co masz ze sobą zrobić, nie wiesz jak żyć i wydaje ci się, że to wszystko już nie ma sensu, chcę ci powiedzieć, że jest sens i jest wyjście. Jezus Chrystus jest odpowiedzią na Twój problem. Proszę, nie szukaj lekarzy. Nie myśl, że operacja plastyczna wyleczy twój umysł i twoje zbolałe serce. Przyjdź do Jezusa jak najszybciej i oddaj Mu wszystko. Złóż na Niego ten cały ciężar i zrób to szybko, nie trać tak wiele czasu jak ja. Zobaczysz , że twoja radość nie będzie miała granic, tak jak nie ma granic Boża miłość do Ciebie i do mnie. On tak bardzo nas ukochał, że umarł za nas w mękach, ale dzisiaj nie ma nic niemożliwego dla Niego. I tylko wolność, jaka może dać ci Jezus Chrystus jest wolnością prawdziwą, w Nim jest zwycięstwo, tylko w NIM.
“Jeżeli więc Syn was wyswobodzi, prawdziwie
wolnymi będziecie”
Ew. Jana 8:36
Jola
www.homoseksualizm.org