Kazimierz Zieliński- Cud w moim życiu
W
wieku 14 lat przestałem chodzić na religię i drwiłem z każdego, u kogo
zauważałem jakąkolwiek religijność. Mimo to nie byłem pozbawiony obaw
dotyczących mojego losu po śmierci. Nierzadko
miałem problem z zaśnięciem i nieustannie zadawałem sobie pytanie: "Co dalej?"
Bałem się myśli o bezgranicznym i nieprzyjaznym kosmosie. Czasami dopuszczałem
istnienie Boga, z którym, być może, przyjdzie mi się spotkać i który zechce mnie
rozliczyć z mojego życia. Jednak byłem przekonany, że nie będzie miał mnie za co
ukarać. Przecież nie miałem wrogów i z ludźmi żyłem w zgodzie, nie kradłem i nie
popełniałem innych przestępstw, byłem OK.
Kiedyś podczas wakacji na Mazurach poznałem grupę chrześcijan. Jedna z dziewcząt, Ela, opowiadała mi jak Bóg zmienił jej życie. Uwolnił ją od palenia papierosów, dzięki Niemu przestała nadużywać alkoholu. Odpowiedziałem, że przecież jeśli będę chciał, to sam przestanę palić, nie będę pił i nie jest mi do tego potrzebny jakiś Bóg!
Ostatnie jej słowa brzmiały: "- No cóż, nie przekonam cię o Jego istnieniu, ale jeśli jest w twoim życiu coś, czego nie jesteś w stanie rozwiązać, przyjdź do Niego. Pamiętaj tylko, żebyś uczynił to w imieniu Jezusa. Poproś Go o rozwiązanie tej sprawy, On jest wszechmocny. Jeśli rozwiąże twój problem - to się zastanów, a jeśli nie - też pomyśl".
W tym czasie miałem problemy ze zdrowiem w postaci nieostrego i podwójnego widzenia. Na początku następnego miesiąca miałem podjąć pracę sezonową, jednak otrzymanie jej było uazleżione od nienagannego zdrowia. Postanowiłem więc skorzystać z rady Elżbiety i pierwszy raz w życiu pomodliłem się do Boga wlasnymi slowami. Powiedziałem:
"Podobno jesteś wszechwiedzący, w takim razie wiesz co się dzieje w moim życiu. Wiesz, że mam problem dotyczący zdrowia i co jest od niego uzależnione. Nie wierzę w Twoje istnienie, ale nie wiem, czy mam rację. Nie chciałbym kiedyś stanąć przed Tobą i stwierdzić, że się myliłem, więc daj mi się przekonać o tym. Proszę uzdrów mnie. Jeśli to uczynisz, to będę Cię szukał ze wszystkich sił. A jeśli nie odpowiesz na moją prośbę, to...".
Kiedy rano wstałem mój wzrok był nadal kiepski. Następnego dnia jednak stwierdziłem, że widzę lepiej. Kolejnego poranka wyszedłem z namiotu, porozglądałem się i stwierdziłem, że mam całkowicie dobry wzrok. Popatrzyłem w niebo i powiedziałem "Hm, to oznacza, że Jesteś...".
We wrześniu kupiłem pierwszy raz w życiu Pismo Święte i zacząłem czytać Nowy Testament. Po przeczytaniu, obraz mojej "porządnej" osoby w Bożym świetle przedstawiał się całkiem inaczej. Drobne przewinienia nie były wcale drobne. Kiedy przyszedłem do Jezusa wyznając swoje grzechy, odczułem wręcz fizyczne uwolnienie. Jezus uwolnił mnie też od palenia, z którym podobno bez problemu miałem dać sobie radę sam. Na spotkaniu chrześcijańskim jedna z osób zapytała mnie, czy nie chciałbym być wolny od palenia. Odpowiedziałem, że marzę o tym, ale dotychczas każda próba rzucenia nałogu kończyła się tylko zwiększeniem ilości wypalanych papierosów. Mimo, że paliłem tylko dwa lata, nałóg był mocniejszy. A choć doświadczyłem już wszechmocy Boga, to nie przypuszczałem, że jest zainteresowany także tą dziedziną mojego życia. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po wyjściu z kaplicy, było zapalenie papierosa, ale kiedy sięgnąłem po kolejnego, usłyszałem wyraźny głos w moim wnętrzu "Przecież modliłeś się o uwolnienie z tego nałogu". Wiedziałem, że to Bóg mówił. Odpowiedziałem: "Dobrze, ale jeśli mi się zachce palić, to na pewno nie omieszkam tego uczynić, nie będę się powstrzymywał". I stało się tak, że nie palę już od października 1986 roku.
Kolejne lata mijały, a ja uczyłem się żyć z Bogiem. Z początkiem 1998 roku poważnie zaniemogłem. Problemy zdrowotne, o których pisałem nie tylko powróciły, ale i pojawiły się nowe. Doszło do tego, że leżałem bez sił i czucia w łóżku i nie wiedziałem co mi jest. Pierwszego października 1998 roku dowiedziałem się, co jest przyczyną mojego niedomagania. Po wykonaniu wielu badań, także i rezonansu magnetycznego, wynik miał być odczytany przez lekarza neurologa. Na moje pytanie co w końcu mi dolega, lekarka odpowiedziała z niezrozumiałym oburzeniem:
- Przecież to stwardnienie rozsiane!!! I cóż się pan tak dziwi?!
Pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, było stwierdzenie skierowane do Jezusa, "Panie, znów mamy pracę przed sobą". Mimo niedelikatności pani doktor, pokój i radość, które miałem w sercu od 12, lat były nadal w nim obecne. Miałem pełną świadomość, z czym się wiąże ta choroba i do czego doprowadza. Rak nierzadko jest "pogodniejszą" diagnoza. Perspektywa bycia "rośliną" przez większą część życia jest koszmarem.
Minęło już sporo czasu od tej diagnozy. Zgodnie z tym, co obiecał Jezus, nie opuścił mnie pokój ani radość. Również moje małżeństwo przeszło ogromną próbę, gdyż choroba ta mocno komplikuje życie całej rodziny. Przyczyniła się miedzy innymi do tego, że nie mogliśmy mieć dzieci. W końcu jednak zaczęliśmy się modlić o potomstwo, i teraz cieszymy się śliczną córeczką.
Jestem przekonany, i każdy dzień utwierdza mnie w tym, że choroba jest kolejnym etapem w moim życiu, który muszę przejść. Czas uzdrowienia zna Jezus, a ja mam świadomość, że jestem w Jego rękach i nic mi się nie stanie bez Jego woli.
Copyright © 2002 Tutaj.net