Jak zostałem chrześcijaninem

Cała rzecz stała się kilka lat temu - gdy chodziłem do szkoły średniej. Byłem normalnym chłopakiem, jak wielu w moim wieku, ani zbyt religijnym, ani szczególnie wierzącym. Z mszy uciekałem z kumplami na pobliskie działki. Za pieniądze na ofiarę kupowałem lody, albo odkładałem na inne cele. Na religię chodziłem od niechcenia.

Często zastanawiałem się jednak co mam robić ze swoim życiem, wszak zaczynałem już wkraczać w dorosłość i musiałem wybierać zawód, studia itd. Poszukiwałem wskazówki, jakiegoś wzorca, czegokolwiek, co pomogło by mi w stawianiu czoła życiu. Na religię przestałem chodzić, bo ksiądz głupoty gadał i nie mogłem go słuchać.

Często myślałem: ,,jeśli nie kościół katolicki, to może religie wschodu?'' Ponieważ jestem człowiekiem praktycznym wziąłem się za buddyzm, a właściwie za jego historię. Pożyczyłem grube tomisko i oddałem się lekturze. Okazało się jednak, że jest to zbiór jakichś dziwnych zasad, którym brak spoistości. Początki ćwiczeń jogi też nie przyniosły mi jakiejś ulgi. Byłem w coraz większym zamieszaniu. Brakowało mi ciągle wewnętrznego spokoju, jakiegoś ułożenia spraw. Czułem się zagubiony.

Czas szkoły jest takim okresem w życiu człowieka, gdy poznaje on wiele osób, zaprzyjaźnia się z nimi na dalsze życie. W mojej klasie była pewna dziewczyna, która, jak mi się wydawało, miała to wszystko, czego mnie brakowało. Była spokojna, często się uśmiechała, miała ochotę do pracy. Często starałem się z nią rozmawiać, by dowiedzieć się dlaczego ona taka jest. Coś miała w sobie i ja byłem zdecydowany dowiedzieć się co to było. Było to też czas wytężonej obserwacji jej przeze mnie. Parokrotnie wprosiłem się też do jej domu. To co u niej widziałem zastanowiło mnie. Cała masa kaset z muzyką chrześcijańską, dużo książek o tematyce religijnej, Biblia. To nie mogło być to, przecież księżulo był zawsze smętny na lekcji religii. Szukałem dalej. Ale im lepiej ją poznawałem, tym bardziej byłem pewien, że to jest to. Że to, że ona jest chrześcijanką w ten sposób na nią wpływa. To dzięki temu jest ona taka jaka jest. Gorączkowo szukałem więc odpowiedzi na pytanie co takiego jest w chrześcijaństwie, że czyni ludzi takimi. Słuchałem kaset i nie były to jakieś chóry gregoriańskie (przy całym do nich szacunku), ale poezja śpiewana, blues, a nawet, co wprawiło mnie w zdumienie, rock. Z zaciekawieniem słuchałem jej opowiadania o corocznym spotkaniu chrześcijan w Dzięgielowie koło Cieszyna, gdzie ludzie młodzi mogli wspólnie się poznawać, śpiewać czadowe kawałki, bawić się i uczyć o Bogu. Gdzie mogli po prostu być sobą i nikt im z tego powodu nie czynił wyrzutów.

Dążąc dalej w mojej chęci poznania chrześcijaństwa, które napędzało ją zapytałem pewnego dnia, czy i ja mógłbym pojechać na to spotkanie do Dzięgielowa. Zastanawiałem się, czy mogę, bo to może jakieś zamknięte spotkanie dla wybranych, mocno wierzących, albo jeszcze coś. Okazało się jednak, że nie. I pojechałem, bo to jest impreza dla każdego!

Gdy tam przyjechałem, a przyjechałem troszkę wcześniej, przed samą imprezą, spotkałem grupę ludzi, którzy byli dziwni... Bo jak inaczej nazwać ludzi, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli modlili się? Było to dla mnie nie do pomyślenia. Ale z drugiej strony, byli radośni, pełni zapału, chęci do życia. Oni też byli inni. To już widziałem wcześniej. Byłem więc pewien, że jestem na dobrej drodze w mych poszukiwaniach.

Aż nastał Tydzień Ewangelizacyjny Dzięgielów'92. Cały dzień wypełniony był dla mnie różnymi imprezami. Rano były wykłady, później seminaria, po południu ewangelizacje, wieczorem koncerty Tomasza Żółtko, Grupy Mojego Brata, Beaty Bednarz, Heavy Bluesa. Coś niesamowitego. I do tego wiele setek ludzi młodych, ale i starszych i starych. I wszyscy oni tworzyli jakąś jedną całość. Bez spięć, zgrzytów...

Gdy do Dzięgielowa przyjechała moja koleżanka z klasy zapytała mnie o moje pierwsze wrażenia. Odpowiedziałem, wtedy, że są tu sami fanatycy religijni. Jednak jeszcze tego samego wieczoru kupiłem sobie Biblię :)). Wszak wszyscy tam powoływali się na nią i co więcej mówili, żeby sprawdzać z Biblią, czy to co oni mówią jest prawdą. Zacząłem sprawdzać. Zacząłem czytać Ewangelię Mateusza. Bardzo mi się podobała, co więcej zdawała się mówić do mnie, odpowiadać na moje pytania, moje potrzeby. I do tego było to bardzo silne i bardzo jednoznaczne. Po prostu miałem pewność, że to co czytam to jest prawda, że jest to Słowo Boże i to nie Słowo Boga, który umarł, ale który jest żywy, prawdziwy. Ale byłem twardy. Potrzebowałem jeszcze więcej odpowiedzieć się o Bogu. W sukurs przyszły mi ewangelizacje. Mówił wtedy niesamowity człowiek - Samuel Kameleison pochodzący z Indii. I mówił niesamowite rzeczy dla mnie. O tym, że Bóg żyje, że mnie kocha i że posłał swojego Syna, aby umarł zamiast mnie na krzyżu. I że mogę zawrzeć pokój z Bogiem, jeśli tylko będę chciał, że mogę stać się Jego dzieckiem, a on może być moim przyjacielem. Brzmi to nieprawdopodobnie, sam musisz to przyznać. Potrzebowałem jeszcze kilka dni, by się zastanowić nad tym wszystkim. Aż pewnego dnia postanowiłem poprosić Jezusa, by kierował moim życiem, by mnie uczył tego jak żyć. Prosiłem Go, by wybaczył mi wszystkie moje grzechy i On to uczynił. I w ten sposób zostałem Bożym dzieckiem.

Jakie były i nadal są tego konsekwencje pewnie zapytasz. Zmieniło się moje podejście do życia. Nie jest ono już dla mnie beznadziejną walką z przeciwnościami, ale życiem mającym cel i sens. Zmienił się mój sposób widzenia świata. Sam (chyba, to muszą ocenić inni :)) stałem się inny. Wszystko co robię robię teraz nie dla siebie, ale dla Boga. Nawet jeśli się uczę, wiem, że Bóg chce abym się uczył, i w ogóle robił wszystko jak najlepiej. Wszak On chce, aby jego dzieci były najlepsze. Jak każdy rodzic...

Po tych kilku latach stwierdzam, że Biblia, to najlepszy podręcznik życia jaki kiedykolwiek udało mi się znaleźć. Polecam go i tobie.

Jeśli chcesz pogadać o tym co tu napisałem, albo zanegować coś z tego, to zapraszam do dyskusji. Mój adres jest poniżej.

goluszko@po.opole.pl

Oryginał jest na http://free.polbox.pl/r/repucha/