Urodziłam i wychowałam się w rodzinie praktykującej religię katolicką.
Jako bardzo młoda dziewczyna wyszłam za m±ż za katolika. Nie był on jednak
praktykującym katolikiem, a jego uczestnictwo w nabożeństwach należało do
rzadkości. Nasze małżeństwo od początku nie było udane, choć sytuacja w
pierwszych latach nie była jeszcze taka zła. Niespełna rok po ślubie zmarła
moja mama. Dotkliwie odczułam jej brak i trudno było mi pogodzić się z tą
stratą. Mieszkałam z mężem, córką i ojcem w mieszkaniu moich rodziców. Siostra
i brat założyli własne rodziny i mieszkali oddzielnie. W domu nie było Biblii
tylko zbiór praw kościelnych (tzw. katechizm). Nie wiedzieliśmy, że prawda
leży daleko od tradycji. Wszyscy byliśmy "ofiarami" kościoła, do którego
chodziliśmy.
W 1980 roku mąż wyjechał zarobkowo do byłego NRD na prawie 5 lat. Przyjeżdżał
1-2 razy w miesiącu na okres kilku dni. W 1981 roku urodziłam bliźnięta.
Wychowywałam teraz przy pomocy ojca trójkę dzieci. W tym samym czasie
uczęszczałam do dwuletniego pomaturalnego studium pedagogicznego. Pracy miałam
wiele. Mąż był daleko od domu, a gdy przyjeżdżał, nie pomagał mi w pracach
domowych. W 1984 roku mąż na stałe powrócił do Polski.
Za pieniądze zarobione za granicą nabyliśmy działkę i wkrótce mąż postawił na
niej pieczarkarnię i folię z warzywami. Starałam się mężowi pomagać ile tylko
mogłam. Pracowałam w domu i na działce. Wszystkie uprawy grzybów "przeszły"
przez moje ręce. ścinałam ich całe tony. Pieniądz zaczął odgrywać w życiu
mojego męża dominującą rolę. Zabierał cały zarobek z upraw, wyliczając mi
tylko na podstawowe potrzeby. W tej nieustannej pracy na działce nie było
jednak błogosławieństwa Bożego. Uprawy przynosiły niskie dochody, nie dawały
oczekiwanych efektów. Rozczarowany niepowodzeniami mąż zaczął winą obarczać
mnie. Urządzał awantury i robił się coraz bardziej agresywny w swoim
postępowaniu.
W 1987 roku zmarł mój ojciec. Był to dla mnie wielki szok. Ojciec zmarł na
moich rękach, niespodziewanie w ciągu kilku minut, gdy byłam sama z dziećmi w
domu. Po śmierci ojca wiedziałam, że straciłam jedynego prawdziwego
przyjaciela. Nie umiałam się pozbierać. Nieustannie chodziłam na grób
rodziców, gdzie zapłakana pytałam Boga: "dlaczego?". Czułam wówczas jakby pode
mną wszystko się zawaliło. Wpadłam w lęki. Kilkakrotnie w ciągu dnia
przytłaczała mnie depresja. Leczyłam się, ale stan mojego zdrowia praktycznie
był coraz gorszy. W tym czasie bardzo liczyłam na pomoc mojego męża, którego
moja choroba niestety nie interesowała. Coraz częściej mąż wszczynał awantury
ponieważ zaczął zauważać, że spełnienie jego wygórowanych marzeń jest jeszcze
dalekie. Nie wiedziałam jak mam sobie z tą sytuacją poradzić. Płakałam i
wołałam do Boga o pomoc. Dążyłam do zgody bo wiedziałam, że nie poradzę sobie
sama. Po awanturach to ja przepraszałam męża, że może to ja w czymś zawiniłam.
Ten stan mojego życia miał ogromny wpływ na pogorszenie mojego stanu zdrowia.
Byłam słaba i chora. Ważyłam bardzo mało.
Któregoś dnia (był styczeń 1992r.) córka przyprowadziła do naszego domu
świadków Jehowy. Byli to młodzi ludzie, którzy stali koło bloku i rozdawali
"Strażnicę". To co od nich usłyszałam było dla mnie zupełnym zaskoczeniem.
Szybko kupiłam Biblię i zaczęłam ją czytać. Rozumiałam niewiele, zaczęłam
jednak zauważać niezgodności z tym co usłyszałam od świadków. Od biernego
słuchania pomału zaczęłam włączać się do rozmowy. Byłam w tym okresie bardzo
chora. Pomyślałam, że może dzięki kontaktom ze świadkami stanę się zdrowsza.
Nie czułam się jednak lepiej. Nie rozumiałam wtedy jeszcze, że tylko Bóg może
mnie uzdrowić. Mąż zauważył kilka razy świadków w naszym domu, ale nic nie
mówił. Po ośmiu miesiącach spotkań ze świadkami dzięki działającemu już wtedy
w moim sercu Duchowi świętemu, dałam im odpór na tyle, że więcej już nie
spotykaliśmy się. Po rozstaniu ze świadkami postanowiłam, że pozostanę nadal w
Kościele Katolickim, ponieważ zupełnie nie wiedziałam dokąd mam pójść. Nie
miałam nawet pojęcia, że w moim mieście, niedaleko mojego domu istnieje
Kościół, którego fundamenty zbudowane są na Jezusie Chrystusie. Bóg znał
jednak moje serce i zatroszczył się o resztę.
Jesienią 1992 roku poznałam pewną siostrę z Kościoła ChWZ w Lesznie.
Pracowałyśmy wspólnie przy zbiorze pieczarek. W przerwie na herbatę
rozmawiałyśmy i wówczas siostra zauważyła, że źle wyglądam. Odczuła, że jestem
bardzo chora. Opowiedziałam jej całą swoją historię. Siostra zaprosiła mnie do
zboru, gdzie, jak powiedziała, chrześcijanie modlą się o chorych. Słowa
siostry zaskoczyły mnie i nie bardzo przekonywały. Bałam się, że po "sparzeniu
się" ze świadkami i tym razem dojdę do poprzedniego wniosku. Bóg jednak
wiedział co mam w sercu i nie chciał abym zginęła. Pan Bóg wiedział, że szukam
Go, ale nie mogę odnaleźć, jeśli On sam mnie nie odnajdzie. Był grudzień 1992
r. Zostałam zaproszona na pierwsze nabożeństwo, podczas którego byłam bardzo
wzruszona. Odczuwałam silnie moc i obecność Bożą. W styczniu 1993 r. do zboru
przybył prorok Pana, który nie znając mnie i moich problemów, powiedział
proroctwo o tym, że Pan wyleczy moją duszę i ciało. I to wypełniło się.
Alleluja! Nagle zostałam uzdrowiona ze stanu depresji. Przestałam się bać.
Wszystko zaczęło wydawać mi się inne. Coraz bardziej zagłębiałam się w Słowo
Boże. Czytanie Słowa Bożego stało się moją pasją. Modliłam się, a wersety z
Biblii wzruszały mnie do łez, "przeszywały" mnie. Żyłam tym Słowem i
potrzebowałam tego pokarmu każdego dnia, jak chleba. Zaczęłam chodzić na
nabożeństwa, modlitwy. Zyskałam przyjaciół, których przedtem nie miałam wśród
rodziny cielesnej. Chciałam służyć Bogu. Postanowiłam zaprosić Pana Jezusa do
swego serca. Stało się to podczas pewnej ewangelizacji. Był to niezwykły dzień
w moim życiu. Radość wypełniła moje serce.
Moje problemy z mężem nie ustawały, a się nasilały. Modliłam się nieustannie
do Boga, aby wziął wszystko w swoje ręce. Bracia i siostry z mojego zboru
pomagali mi przetrwać te trudne chwile. We wrześniu 1994 roku zaczęłam
pracować w zborze z dziećmi w szkółce niedzielnej. Do dziś prowadzę tę pracę.
Kocham tę służbę, a Bóg bardzo mi w niej pomaga.
Mąż nie mógł się pogodzić z moim zaangażowaniem dla Boga. Wystąpił o rozwód,
podając w pozwie zarzut przynależności do "sekty zielonoświątkowej". W sprawie
rozwodowej m±ż nie wyraził możliwości pojednania. Sąd wydał wyrok rozwiązujący
nasze małżeństwo.
Dziś po wielu latach małżeństwa zostałam sama z dziećmi, ale wiem, że Pan jest
pasterzem moim i choćbym szła ciemną doliną, niczego się nie ulęknę, bo On
jest ze mną. Alleluja!
Gabriela Misiak. Leszno
Oryginał jest na http://free.polbox.pl/r/repucha/
Utworzono 1.0