Mylne połączenie telefoniczne
Przy moim stoliku
kawiarnianym siedzi również starszy, sympatyczny pan, z którym nawiązuje
rozmowę. W trakcie niej opowiada mi on o swym bardzo interesującym przeżyciu:
"Prowadziłem małe przedsiębiorstwo" zwierza mi się mój rozmówca "które wprawdzie
dawało mi wystarczające utrzymanie, ale nie pozwalało stwarzać żadnych
poważniejszych rezerw. Toteż pewnego dnia znalazłem się bez środków do życia.
Cały mój majątek stanowiło kilka garniturów, wynajęty pokój umeblowany i
telefon. Wobec całej beznadziejności mego położenia ogarnęła mnie czarna
rozpacz. W dodatku wszystkie moje próby wydostania się z fatalnej sytuacji
zakończyły się zupełnym fiaskiem. Jeszcze jedna atoli iskierka nadziei tliła się
w mym sercu, związana zaś była ona z moim telefonem. Łudziłem się bowiem wciąż
jeszcze nadzieja, ze ratunek przynieść mi może jakieś wezwanie telefoniczne, i
dlatego miałem przeświadczenie, ze gdyby mi go któregoś dnia zabrano, to
pozbawionoby mnie tej ostatniej nadziei. Jakże okropne może być jednakże to
czarne pudełko, gdy milczy, jak zaklęte. Po wyzbyciu się wszystkich garniturów
(poza tym, który miałem na sobie), postanowiłem położyć kres swemu życiu.
Charakterystyczne jednak, ze im więcej nad tym rozmyślałem, tym bardziej tracił
ten zamiar swa grozę, i opór mój słabł systematycznie. Któregoś dnia opuściłem
swe mieszkanie, gdyż dłużej nie mogłem już w nim wytrzymać, telefon bowiem
milczał, mimo ze na przewodach jego dokonywało się setki tysięcy rozmów.
Zaszedłem do najbliższej restauracji, ale i tam nie mogłem długo wysiedzieć.
Wybiegłem wiec na ulice i błąkałem się po mieście. Znalazłszy się wreszcie na
jakimś wielkim placu, odczułem nagle, jak jakaś nieprzezwyciężona siła zaczyna
mnie skłaniać, ażebym jeszcze raz zaszedł do swego mieszkania. Im dłużej się
jednak nad tym zastanawiałem, tym niedorzeczniejszym wydawało mi się to.
Ogarnęło mnie silne zdenerwowanie, które zaczęło się zmniejszać dopiero, gdy
znalazłem się na schodach. Gdy przekręcałem klucz w zamku, zdało mi się, ze
słyszę dzwonek telefonu. "Urojenie" pomyślałem sobie. Ale oto dzwonek powtarza
się. Otwieram szybko drzwi i jak szalony biegnę do aparatu, nękany lekiem, ze
osoba telefonująca może odejść od telefonu.. Podnoszę słuchawkę i słyszę
poddenerwowany glos kobiecy. "Nareszcie. Dziękuję. Pan słucha ? Jestem
zrozpaczona . . . nie mogę żyć dłużej . . . chce umrzeć' ." Zmiarkowałem
natychmiast, ze telefonująca chciała rozmawiać z telefonicznym ośrodkiem pomocy,
ale snadź pomyliła się w numerze. Byłem zaskoczony, rozczarowany i rozgniewany i
dlatego chciałem jej przerwać, ale zdało mi się, ze jakaś niewidzialna ręka
powstrzymuje mnie od tego, ta sama ręka chyba, która jeszcze raz skierowała me
kroki do mego mieszkania. Myśl o jakiejś wyższej sile pokrzepiła mnie bardzo na
duchu. Starałem się wiec, jak tylko mogłem, uspokoić ja, zapytałem o adres,
prosząc, ażeby czekała aż przyjdę. Po chwili siedziałem już na przeciw
40-letniej niewiasty, w której zrozpaczonych oczach poznałem samego siebie.
"Jest pan pierwszym człowiekiem, który mnie słucha i rozumie" powiedziała.
Podczas dalszej rozmowy dowiedziałem się, ze mąż jej zginął na wojnie. Była ona
wprawdzie osoba zamożną, nie mogła jednakże znieść osamotnienia. Starałem się
wiec ja pocieszyć. 0 Bogu nie wspomniałem ani słowa. Zataiłem również przed nią,
ze sam byłem tez zrezygnowanym człowiekiem. Ale podczas rozmowy z nią, gdy
próbowałem ja pocieszyć, zdało mi się nagle życie czymś wartościowym, a cale
moje przeżycie snem koszmarnym. Udało mi się nakłonić ja do wspólnego spaceru.
Po krótkim, orzeźwiającym deszczu pokazało się znów słońce. Starałem się zwrócić
jej uwagę na różne drobiazgi, na liście na drzewach, trawę i kwiaty w ogródkach
przed domami, kolor wody w rzece. "Jest naprawdę ładnie" zauważyła. Na odchodnym
podziękowała mi jeszcze raz za moje odwiedziny.
Nazajutrz był znów telefon od niej. Glos jej świadczył o rezygnacji. Wybrałem
się wiec do niej ponownie. Zaledwie atoli przekroczyłem próg, jej mieszkania,
oświadczyłem ponurym głosem: "Umrzyjmy razem, nie jestem bowiem przedstawicielem
owej instytucji, za którego mnie pani uważa, ale takim samym, jak pani,
desperatem".
"A wiec pan nie jest...?" zawołała przerażona. Po sprawdzeniu w notatniku
okazało się, ze odnotowany przez nią Nr. 125 067 był moim numerem, gdy tymczasem
Nr. owej instytucji brzmiał 125 076. ,,I pan również chce popełnić samobójstwo?
I dlaczego? Taki zdrowy i silny mężczyzna chce popełnić taki czyn haniebny? I
czy pan nie wstydzi się?" Podczas dzisiejszej bezsennej nocy uświadomiłam sobie
cala ohydę takiego czynu. Stale tylko słyszałam słowa: "Nie zabijaj! Nie wolno
ci tez zabijać siebie samej." I im więcej wobec mojej rezygnacji wzmagała się w
niej chęć do życia, tym więcej uspakajałem się. Po chwili powiedziała: "Rzecz
zastanawiająca, zaiste. Chciałam skomunikować się z kimś, kto by mi pomógł, ale
zamiast tego weszłam w kontakt z kimś, który sam znajduje się na bezdrożach. Ale
pan przyszedł, ażeby mnie pocieszyć. A teraz znów ja próbuję pocieszyć pana i
odwieść go od tego haniebnego zamiaru. Czyż to nie zdumiewające? I któż tylko
tak zrządził?" Siedzieliśmy w milczeniu. Po chwili skinąłem ja, a potem ona
głową. Chcieliśmy przecież oboje żyć dalej. ,,I staliśmy się oboje bardzo
szczęśliwymi ludźmi" powiedział na zakończenie swego opowiadania mój przygodny
znajomy. "Przyjąłem prace fizyczna, która przedtem uważałem za niegodna siebie.
Na owe zaś pytanie: "Kto to zrządził?" odpowiedzieliśmy zgodnie. W tejże samej
chwili zapukał ktoś do okna. Była to starsza pani w jego wieku z mila,
uśmiechnięta twarzą. "To moja żona" objaśnił mi mój rozmówca, po czym na
pożegnaniu uścisnął mi rękę. Ja zaś spoglądałem za nimi i rozmyślałem nad
niezwykłymi, cudownymi drogami Bożymi!
H.P.
opr. z Tygodnika Chrzescijanskiego "Nowe Zycie" - Ateny/Grecja