Urodziłem się w rodzinie katolickiej, ale niepraktukującej. W wieku czterech lat straciłem ojca i wychowywały mnie matka i babcia. Były to przesądne kobiety, wierzyły w ,,sprawdzające się znaki" i w sny oraz szukały porad i wskazówek na życie wróżąc z kart.
Matka czyniła to nawet zarobkowo. O Bogu nie słyszałem zbyt wiele. Po raz pierwszy zetknąłem się z Nim podczas nauk przygotowujących do Komunii. Okazało się, że nawet nie byłem ochrzczony i abym był do tej Komunii dopuszczony musiałem zostać ochrzczony. Miałem wtedy jedenaście lat i wierzyłem we wszystko, co mi mówili księża i zakonnice, a także zacząłem w miarę regularnie chodzić na nabożeństwa. W okresie dorastania pojawiło się coraz więcej pytań dotyczących wiary, na które nikt nie dawał mi odpowiedzi. To, co widziałem, nie zgadzało się z tym, czego mnie uczono. Nie potrafiłem także uporać się z różnymi pokusami, a rady spowiedników ograniczały się raczej do straszenia piekłem, jeżeli nie porzucę grzechu. W tej sytuacji Bóg zaczął jawić się w mojej wyobraźni jako złośliwy osobnik stawiający wymagania, którym sprostać nie można i czyhającym na moje upadki, aby mnie za nie ukarać. W wieku 18 lat postanowiłem dać sobie spokój z Bogiem i wszelką religią, choć miałem cichą nadzieję, że kiedyś może wyjaśnię czy to Bóg jest nie w porządku, czy może ten kościół czegoś nie wie na Jego temat.
Miałem całkiem niezłe plany na przyszłość i byłem pewien, że je zrealizuję. Ukończyłem studia wyższe, uzyskałem dyplom lekarza weterynarii i zacząłem pracę w nadziei, iż nareszcie wybrnę z biedy, która towarzyszyła naszej rodzinie od kiedy pamiętałem. Niestety - ciążyło nade mną coś nadal - przypominało to przekleństwo finansowe. Choć wykorzystywałem każdą okazję do pracy, także w dziedzinie pozazawodowej - zawsze miałem za mało pieniędzy na rzeczy konieczne. Wystarczało na jedzenie czy odzież, ale np. gdy się ożeniłem i urodziło nam się dziecko nie miałem w domu lodówki a łóżeczko dla dziecka musiałem nabyć używane za pół ceny.
Od kiedy zacząłem pracować - w moim życiu pojawił sie też alkohol. W pracy pili wszyscy. Osoba wyłamująca się z tego rytuału była "murzynem do roboty", albo wręcz "persona non grata" - osobą niepożądaną. I choć po 4,5 roku zmieniłem miejsce pracy - wódka poszła za mną. W nowym miejscu też było wielu lubiących wypić. Także rodzina żony nie stroniła od alkoholu, choć sama żona nie piła. Aby nie tracić pieniędzy na alkohol, zacząłem pędzić bimber, a także sprzedawać go potrzebującym znajomym. W międzyczasie diabeł zastawił na mnie następną pułapkę. Pewien człowiek nauczył mnie wielu sztuczek przydatnych do gry w pokera, popularnego w środowisku, w którym się obracałem. Sztuczki te odpowiednio wyćwiczone, dawały pewność łatwej wygranej bez możliwości przyłapania i udowodnienia oszustwa. Stopniowo zorganizowałem coś w rodzaju niewielkiej mafii pokerowej. Rzeczywiście zacząłem mieć większe dochody. Problemem numer jeden stało się organizowanie coraz to nowych ludzi do ogrania, gdyż większość po kilku porażkach wycofywała się. Byli jednak i tacy, którzy nie tracili nadziei, że kiedyś wygrają - uzależnieni od hazardu.
Podwójne życie, które prowadziłem - z jednej strony szanowany pan doktor - z drugiej szuler i pijak, powodowało ciągły stres. Dom zamienił się w melinę pijacko - karcianą. Przez wiele lat starałem się kontrolować picie. Jednak z czasem zacząłem upijać się coraz bardziej, tak, iż nie pamiętałem co robiłem. Często bywałem agresywny aż dochodziło do różnych awantur w domu i poza nim. Żona nie rozmawiała za mną tygodniami, a dzieci bały się mnie. Zacząłem miewać problemy z policją. Odczuwałem postępującą degradację moralną mojej osobowości. Bywało, że czułem wstręt do siebie samego. Wiedziałem, że sieję wokół siebie zło i krzywdę. Często nachodziły mnie myśli typu: jeśli rzeczywiście istniałoby piekło, o którym kiedyś słyszałem, to chyba teraz już na nie zasłużyłem. Postanowiłem wrócić do sprawy Boga i definitywnie wyjaśnić czy On istnieje, wątpiłem w to bardzo. Sprowokował mnie do tego człowiek, z którym pracowałem (obecnie jest on księdzem katolickim /!/), mówił mi przy każdej okazji o Jezusie jako o Bogu i to powołując się na Biblię. Podejmowałem dyskusję z nim i stawiałem mu różne pytania. Nie zawsze miał na wszystko odpowiedź, ale zawsze powiedział coś takiego, o skłaniało mnie do dalszych rozważań. Poprosiłem go o pożyczenie mi Biblii, gdyż miałem nadzieję, że jak ją przeczytam, pobiję go w dyskusji jego własną bronią. Jednakże, choć próbowałem czytać w różnych miejscach, wszystko co czytałem było niezrozumiałe i wydawało mi się stekiem bzdur i fantazji literackiej. Nie wiedziałem wówczas, że nienawrócony, nie mający Ducha człowiek nie może pojąć Pisma, jako że należy je duchowo rozsądzać, a nie wyłącznie umysłem. Położyłem ją na półce w szafie z zamiarem zwrócenia w najbliższym czasie.
Któregoś dnia przyszedłem do domu i zastałem szafę i prawie cały pokój spalony. Mój 4-letni synek podpalił stos gazet w szafie i zanim żona, będąca w innej części mieszkania zauważyła ogień, znacznie się rozszerzył. Szafa i jej zawartość były zwęglone. Kiedy otworzyłem drzwi wiszące na resztkach zawiasów - doznałem szoku. Jedyną, nie spaloną i nawet nie zżółkniętą rzeczą wewnątrz była Biblia. Od razu wiedziałem, że to nienaturalne, gdyż półka na której leżała znajdowała się tuż ponad stertą podpalonych gazet, nie było przeciągu i ogień powinien zgodnie z prawami fizyki rozszerzać się równomiernie, a Biblia powinna spalić się w pierwszej kolejności. Nabrałem respektu do tej księgi i postanowiłem tym bardziej ustalić, czy Bóg jest i jaki On jest naprawdę. Zastanawiała mnie różnorodność religii. Która jest naprawdę prawdziwa? Przecież wyznawcy każdej religii twierdzą. że to oni mają rację. Zakupiłem wówczas Biblię na własność i zacząłem ją znowu czytać, a równocześnie studiowałem księgi rozmaitych innych religii, głównie: islamu, buddyzmu, hinduizmu i kilku innych, nastawiając się na wychwycenie tak podobieństw jak i różnic. Nadto, mając nadzieję na sprawdzenie, czy istnieją jakieś inne, niewidzialne światy, zająłem się wraz z kilkoma osobami o podobnych zainteresowaniach wywoływaniem duchów. Wzorowaliśmy się na podręcznikach spirytyzmu, posługując się planszą ouija. (W tym czasie nie wychwyciłem jeszcze w Biblii zakazu tych praktyk, zresztą pewnie i tak bym nie posłuchał). Bardzo szybko stwierdziliśmy, że mamy kontakt z jakąś niewidzialną inteligencją, choć nie bardzo mogliśmy ustalić, czy są tymi, za których się podają. Po kilkunastu seansach doszliśmy do przekonania, że istoty te potrafią kłamać i wiadomości od nich otrzymywane straciły na wiarygodności, a kontakty stały się nudne, więc postanowiliśmy je przerwać . Pomimo, że już nie wywoływaliśmy ich, nie można było pozbyć się ich z mieszkania i często czuło się ich obecność, wyraźnie już teraz złowrogą. Następowały również ataki, zwłaszcza podczas snu, gdzie istoty te wyraźnie próbowały wejść do naszych fizycznych ciał.
W dalszym ciągu piłem. Powodowało to we mnie coraz większe spustoszenie, postanowiłem więc je przerwać. Nie uważałem się bynajmniej za alkoholika. Nigdy nie czułem jakiegoś głodu alkoholu, jak niektórzy odczuwają. Nigdy nie wpadałem w jakieś tzw. ciągi ani też nie leczyłem się klinem na drugi dzień. Byłem pewny, że moje postanowienie wystarczy. Zawsze realizowałem wszystko, co zależało wyłącznie ode mnie a nie od jeszcze innych osób i byłem pewny, że skoro powiem: od jutra nie piję, to tak będzie. Niestety! Chociaż nie szukałem okazji i sam nikomu już nie proponowałem picia, okazje szukały mnie. Ciągle pojawiał się ktoś, kto chciał ze mną wypić i wtedy ogarniała mnie jakaś niemoc odmówienia. Jeszcze ten raz, ostatni, i od jutra ... Po kolejnym niedotrzymaniu sobie słowa zrozumiałem, że działa jakaś moc silniejsza ode mnie, mająca na mnie dziwny wpływ. Gdzie więc szukać jeszcze silniejszej mocy, skoro we mnie jej nie ma? Może iść na leczenie odwykowe? Może esperal? Ale przecież miałem wielu kolegów którzy próbowali tych metod i nie były one skuteczne i piją nadal, a niektórzy nawet zmarli w przydrożnym rowie po przedawkowaniu.
W tym czasie zauważyłem, że Bóg biblijny różni się w kilku zasadniczych rzeczach od bogów innych religii:
1. Tylko On twierdzi, że z miłości do mnie poświęcił swojego Syna, ale też że wskrzesił Go z martwych, a wielu widziało Go żywego mimo, że wcześniej był pogrzebany. Bogowie innych religii niczego dla mnie nie poświęcili, a ich proroków, gdy zmarli nikt już nie ujrzał.
2. Tylko On obiecuje swą pomoc i opiekę podczas obecnego życia, jeśli się Go szuka i jest Mu się posłusznym. Inni bogowie na tym świecie nie mają dla mnie żadnej propozycji - muszę radzić sobie sam, a ich obietnice dotyczące przyszłego życia są mgliste i niepewne - do końca nie wiadomo, czy zasłużę na coś lepszego.
3. Tylko On mówi, że nie muszę zbierać żadnych zasług, aby żyć wiecznie - Jezus wyjednał to dla mnie, jeżeli będę posłuszny Jego prawom.
4. Tylko On obiecuje dać moc do walki z grzechem i nałogami, i stwierdza, że z Nim zwycięstwo jest pewne.
Jakby na potwierdzenie tych słów trafiła do mnie książka "Krzyż i sztylet" Dawida Wilkersona. Pozornie przypadkowo, ale wierzę w to, że była to inspiracja Ducha Świętego. Żywi ludzie podający swoje imiona i nazwiska, potwierdzili, że Bóg czyni wspaniałe rzeczy w obecnym czasie, a nie tylko 2000 lat temu. Korzystając z adresu kontaktowego podanego na okładce napisałem, aby przysłano mi więcej takich publikacji. Otrzymałem całą paczkę i zaproszenie do zboru zielonoświątkowego w Krotoszynie. Po przeczytaniu ich nawróciłem się i poprosiłem Jezusa, aby zamieszkał we mnie i zmienił moją naturę. Natychmiast przestałem grać w karty i handlować alkoholem. Z piciem było trochę trudniej - dopiero po kilku miesiącach walki w modlitwie odczułem, że jestem uwolniony. Było to na przełomie roku 1984/85. Jednakże szatan podjął także walkę o mnie. Nie byłem jeszcze utwierdzony w Słowie Bożym i znałem je powierzchownie. W jakiś sposób w umyśle moim zaczęło pojawiać się przekonanie, że Bóg nie może mnie zaakceptować, gdyż za daleko posunąłem się w nieprawości i że z powodu tego on nie może mnie kochać. Wobec tego co za sens zmieniać życie, skoro jest już za późno? Druga myśl mówiła, że Jezus nie może być Bogiem, skoro urodził się jako człowiek, z wyglądu podobny do mnie. Byłem rozdarty wewnętrznie, gdyż myśli te były natrętne i uporczywe. Być może nie wytrwałbym w wierze, gdyby nie reakcja Boga. Otrzymałem wspaniałe objawienie Jezusa. Znalazłem się w duchu w zupełnie innej rzeczywistości, w obecności Jezusa, choć nie miał on w tej wizji postaci cielesnej. Jednakże przedstawił się kim jest i mówił do mnie, a miłość i akceptacja spływające na mnie od tej duchowej osoby miały niewyobrażalne natężenie. Od tego momentu nikt i nic nie jest w stanie zmienić mojej pewności, że On jest Bogiem i że mnie kocha, jak zresztą każdą istotę ludzką ze względu na to, iż miłość jest po prostu nieodłączna, niezmienną cechą Jego osobowości.
W styczniu 1986 roku wraz z żoną przyjąłem chrzest wodny i postanowiłem odtąd służyć Bogu. Moja droga z Panem trwa już ponad 11 lat i nigdy mnie On nie zawiódł. Niech będzie błogosławione Jego Imię!
Ryszard Wójciak
Oryginał jest na http://free.polbox.pl/r/repucha/