W poszukiwaniu Boga

Świadectwo o moim nawróceniu i uzdrowieniu

"I wzywaj Mnie w dniu niedoli, wybawię cię, a ty Mnie uwielbisz" (Ps. 50:15)

Urodziłem się w katolickiej rodzinie, na terenie byłego województwa nowogródzkiego.

O Panu Bogu wiedziałem tylko z nauczania religijnego. Mijały lata i wydawało mi się, że jestem prawowiernym wierzącym. Nastąpiła wojna. W 1944r. zostałem zabrany do wojska, byłem na froncie i na początku 1947r. zdemobilizowany na terenie Polski. Mając 21 lat byłem samotny, ponieważ rodzice pozostali za granicą. Od mego dowódcy otrzymałem skierowanie do służby w MO. Pierwsze lata tej służby minęły w atmosferze względnej wolności religijnej. Później trzeba było dać odpowiedź: Czy jestem wierzący? Odpowiedziałem, że jestem wyznania rzymsko-katolickiego, lecz nie praktykujący. Ożeniłem się. Urodziło się czworo dzieci. Po 12-tu latach rozłąki przyjechała do Polski matka razem z bratem młodszym ode mnie. Podjąłem naukę w szkole średniej, a potem wyższej. Zajmowałem różne stanowiska. Szybko mijały lata, w ciągu których stale odczuwałem, że w sercu czegoś mi brakuje. Ta tęsknota była szczególnie odczuwalna w niedziele i święta. Nadszedł przełomowy dla mnie rok 1972. Miałem już pełną wysługę lat, łącznie z pracą podczas okupacji i służbą wojskową. Zacząłem zastanawiać się nad własnym życiem. Pewnego razu odebrałem w myślach wyraźny głos: "Twoja służba zbliża się ku końcowi, odtąd będziesz służyć Mi". Pomyślałem wtedy, że to jest niemożliwe, bo nie mogę spodziewać się, że zostanę zwolniony i przeniesiony do rezerwy. Nadeszła ponownie pouczająca myśl: "Napisz raport o zwolnienie, a resztę pozostaw dla Mnie". Posłuszny temu głosowi, napisałem raport i po upływie krótkiego czasu zostałem emerytem, mającym 46 lat. Wtedy zająłem się wykonywaniem pomocniczej pracy związanej z hodowlą zwierząt futerkowych, prowadzoną przez rodzinę. Tak upłynęło około dwóch lat.

W dniu 7 lipca 1974 roku nagle zachorowałem. Nastąpiły silne bóle wewnątrz organizmu. Żona wezwała pogotowie, otrzymałem leki przeciwbólowe. Niestety, nie przyniosły żadnej poprawy. Bóle nasilały się i trwały przez cały czas. Zacząłem zastanawiać się, co będzie ze mną, jeżeli bóle nie ustąpią? Zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, że nie jestem pojednany z Panem Bogiem i gdy w tym stanie dojdzie do mojej śmierci, to będę potępiony! Przez ponad 2 tygodnie lekarze nie mogli ustalić przyczyny mojej choroby. W końcu prześwietlono mnie, a wtedy okazało się, że kamień zablokował przewód poniżej lewej nerki. W dniu 24 lipca 1974 roku wykonano operację, wyjęto kamień, lecz niestety, nastąpiło moczowe zakażenie krwi. Nastąpiła wysoka gorączka, prowadząca do częstej utraty przytomności. Lekarze robili co mogli, lecz było ze mną coraz gorzej. W chwilach odzyskiwania świadomości, myślami zwracałem się do Pana Boga z prośbą o uzdrowienie, pomimo tego, że zapierałem się Go przez okres 25 lat. Lekarze orzekli, że mój stan jest beznadziejny, informując żonę o tym. Mijały miesiące pobytu w szpitalu. Odwiedzał mnie wierzący brat Ryszard Dmytrzak wraz z małżonką, świadcząc mi o Panu Jezusie Chrystusie i zbawieniu. Otrzymałem traktaty do czytania, których treść z trudem przyjmowałem. Ciągle więc zwracałem się do Pana Boga w Panu Jezusie Chrystusie i Duchu Świętym z prośbą o uzdrowienie, obiecując przy tym, że gdy zostanę uzdrowiony, to będę wierzył Panu Bogu całym sercem. Trwały modlitwy innych osób o moje uzdrowienie. Żona zwróciła się o pomoc do mojego przełożonego z okresu mojej pracy. Otrzymała odpowiedź: "Choremu małżonkowi już nic nie pomoże, chyba, że o dalszą pomoc zwróci się pani do Pana Boga."

Rozpoczęła wtedy 4 dniowy ścisły post, prosząc i błagając Pana Boga w Panu Jezusie Chrystusie i Duchu Świętym o pomoc i uzdrowienie.

W nocy z 6 na 7 października 1974r. miałem widzenie. Na sali, gdzie leżeli ciężko chorzy po operacjach, przy zapalonych żarówkach, ukazał się Pan Jezus w przecudnej światłości. Stanął w pobliżu mego łóżka i spojrzał na mnie. Trwało to krótką chwilę, ale natychmiast poczułem, że przez moje ciało przeszła fala bardzo wysokiej temperatury. Wtedy głośno wołałem: "Święty! Święty! Pan Bóg Zastępów tu przyszedł!". Gdy widzenie skończyło się, poczułem się tak błogo, że zaraz usnąłem nie czując żadnego bólu. Wypoczęty obudziłem się wcześnie i chciałem zmienić opatrunek. Będąc przy pełnej świadomości, ze zdziwieniem stwierdziłem, że jątrząca się rana pooperacyjna zagoiła się. Wstąpiła we mnie radosna nadzieja, że będę żyć. Poczułem się swobodny, lekki, radosny i szczęśliwy, lecz z powodu choroby osłabiony i bezsilny. Radość rozpierała mi pierś z uzdrowienia przez Pana Jezusa Chrystusa, że On jest żywy, realny, przyszedł i uzdrowił mnie. Moje serce ogarnęła radość, której nie da się opowiedzieć słowami. W tej radości usłyszałem głos mówiący: "Wstań i zadzwoń do domu, tam martwią się z twojego powodu". Pomyślałem, że to chyba jest niemożliwe. Otrzymałem pouczenie: "Usiądź na łóżku, odpocznij chwilę, wstań, oprzyj się na taborecie i podejdź do telefonu". Tak też uczyniłem. Dzwoniąc do domu powiedziałem: "To ja dzwonię, jest wszystko w porządku, rana zagoiła się, operacji nie będzie!" Dopiero później dowiedziałem się od żony, że prosiła Pana Jezusa o te słowa, żeby uzdrowił mnie, a na znak uzdrowienia abym zadzwonił do domu o 7-mej rano i o tym jej osobiście powiedział. Dokładnie tak się stało!

Podczas porannego obchodu lekarze zapytali jak się czuję. Odpowiedziałem, że czuję się bardzo dobrze. Pan Bóg mnie uzdrowił! Byli tym zdziwieni. Obejrzeli bliznę pooperacyjną, ale już zagojoną i nie mogli wyjaśnić, jak się to mogło stać. Ordynator oddziału urologii dr med. J. Karaśkiewicz powiedział: "Tu stało się coś, czego człowiek nie jest w stanie wytłumaczyć, a nauka medyczna nie potrafi tego uzasadnić". Zdanie ordynatora poparli asystujący lekarze, widząc oczywiste cudowne uzdrowienie.

Wykonano kontrolne zdjęcia, na których nie było nawet śladów po przebytej chorobie. Po dwóch dniach pobytu na obserwacji zostałem wypisany ze szpitala.

Chcąc wykonać daną obietnicę, zacząłem zastanawiać się, do którego kościoła mam pójść? Otrzymałem pouczenie: "Idź do najbliższego kościoła!". Przyjąłem to dosłownie, że tak trzeba zrobić i pójść do kościoła znajdującego się najbliżej od mego miejsca zamieszkania. Uczyniłem to z pewną obawą, ponieważ nie był to kościół rzymsko-katolicki, do którego niegdyś należałem, lecz zbór ówcześnie istniejącego Zjednoczonego Kościoła Ewangelicznego. Udałem się po raz pierwszy na nabożeństwo i to ze znaczną dozą nieśmiałości, którą pomogły mi pokonać osoby świadczące o Panu Jezusie Chrystusie. Na takim nabożeństwie nigdy nie byłem. W toku kolejnych odwiedzin zboru dowiedziałem się o istnieniu Pisma Świętego, zostałem pouczony o opamiętaniu się, pokucie, nawróceniu, zadość uczynieniu itp. Podczas kolejnego nabożeństwa śpiewano pieśń ze Śpiewnika Pielgrzyma nr 713: "Ostatni zew jeszcze rozlega się wciąż, grzeszniku nie zwlekaj, do Zbawcy wnet dąż". Słowa tej i wielu innych pieśni tak silnie przemówiły do mnie, że natychmiast przyjąłem Pana Jezus do mojego serca, jako mojego osobistego Zbawiciela i Pana mojego życia. Święty chrzest wodny odbył się w dniu 31 sierpnia 1975 roku. Wraz ze mną została ochrzczona małżonka. Rozpoczęliśmy nowe życie, a serce napełnił błogi pokój i radość w Panu Jezusie Chrystusie i Duchu Świętym.

Zdałem sobie sprawę z tego, że jestem nowym stworzeniem, nowonarodzonym z Pana Boga i ochrzczonym w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego świadomy o przebaczeniu moich grzechów przez Pana Boga. Nie mogę więc służyć Panu Bogu będąc jednocześnie członkiem organizacji politycznej. Napisałem prośbę o skreślenie mnie z ewidencji. Wzywano mnie i rozmawiano, nie chcąc załatwić moją prośbę pozytywnie. Dawano przy tym do zrozumienia, że mogę pozostać na ewidencji i chodzić do kościoła. Nie wyraziłem zgody na to. To dało mi możliwość do złożenia świadectwa wielu ówczesnym działaczom o Panu Jezusie Chrystusie i Duchu Świętym, o nawróceniu do Żywego Pana Boga i cudownym uzdrowieniu przez Pana Jezusa Chrystusa. Jestem niezmiernie wdzięczny Panu Jezusowi Chrystusowi za: zbawienie, nowonarodzenie, uzdrowienie i odpuszczenie grzechów mych. Pragnę pozostać wiernym Jemu do końca życia, bo tylko On okazał tak wielką łaskę i miłosierdzie dla mnie i mojej małżonki, pomimo tego że nie byliśmy lepszymi od wielu osób żyjących współcześnie z nami.

Zdałem sobie sprawę z tego, że jestem nowym człowiekiem. Tak wiele przeżyłem i na własne oczy ujrzałem Pana Jezusa Chrystusa, i w czasie tych przeżyć, w moim umyśle został wyświetlony jakby film o przebiegu całego życia mego. Pokazano w nim, ile razy zostałem uratowany od śmierci. Otrzymałem przy tym pouczenie: "Ty myślałeś, że miałeś szczęście, a to Ja ciebie obroniłem i zachowałem". Zrozumiałem, że tak jest!

Pan Jezus Chrystus jest Żywym Bogiem i doskonale uzdrawia człowieka. On jest dawcą życia wiecznego i zdrowia podczas życia w ciele na ziemi.

Po upływie ponad roku czasu, od chwili tych cudownych wydarzeń, otrzymałem skierowanie do sanatorium. Namówiony przez lekarzy, pojechałem i tam zamiast nabrania sił, zachorowałem. Od tego czasu nie czynię starań o leczenie sanatoryjne, bo wiem, że Pan Jezus uzdrowił moje ciało doskonale i On jest Żywy, istniejący i prawdziwy Bóg! Ma moc, jako Pan i nasz lekarz! Jest to lekarz nad lekarze! Wiem, że okazana została nam cudowna łaska. Zasłużyliśmy na potępienie, lecz Pan Jezus wyrwał nas z dołu zagłady i Ciebie drogi Czytelniku, wyrwie też z tego dołu, jeśli przyjdziesz do Niego z prośbą i skruszonym sercem, wyznasz Mu swoje grzechy i przewinienia wobec Pana Boga i przeprosisz Go osobiście.

Chwała Panu Jezusowi Chrystusowi i Duchowi Świętemu za to, co uczynił dla rodzaju ludzkiego na krzyżu golgodzkim, a w tym i dla mnie, Alleluja! Amen!

Wtedy, gdy ludzie dla mnie już nic nie mogli uczynić. On przybył osobiście, aby uzdrowić duszę i ciało, aby zbawić i obdarzyć życiem wiecznym.

Niech będzie Pan Bóg błogosławiony w Panu Jezusie Chrystusie i Duchu Świętym. Ten, Który był. Ten, Który jest! Ten, Który ma przyjść.

Wspólnie więc wołajmy do Niego: "Przyjdź Panie Jezu! Amen! Amen!"

Józef Szauliński

Oryginał jest na http://free.polbox.pl/r/repucha/